|
Bartek Raducha, kl. I A XLO
Niewysoki chłopak siedział w niewielkim,
przemalowanym na niebiesko pokoju. Rozglądając się naokoło siebie
poszukiwał niewielkiego pendrive’a, na którym miał cały
tekst swojej pracy magisterskiej. Wstał po chwili i zaczął przechadzać
się po pokoju jak zdenerwowany lew po klatce, jednak nagle się
zatrzymał i uderzył się z całej siły otwartą ręka w soje czoło.
- Jestem totalnym idiotą – stwierdził
trzymając rękę w miejscu, w którym przed chwila zetknęła się ze
skórą, po czym obrócił się i wyciągnął niewielkie
urządzenie z wewnętrznej kieszeni panterki wiszącej na wieszaku.
Zmierzył je wzrokiem, po czym podszedł do stojącego na biurku laptopa i
włożył końcówkę urządzenia do odpowiedniego portu w komputerze,
po czym włączył maszynę. Odczekał kilka chwil, po upłynięciu
których zobaczył ekran powitalny Fedora Core Linuxa i szybko
wstukał hasło. Odczekał kilka chwil i sprawdził, czy na dysku
przenośnym znajdują się pożądane dane. Były. Chłopak uśmiechnął się do
siebie i odłączył urządzenie od komputera, poczym schował je do
kieszeni spodni. Spojrzał jeszcze w monitor i zauważył, że ikona
Mirandy mruga do niego. Najechał na nią kursorem i kliknął. Przed jego
oczami pojawiło się okienko zajmujące niewielką część monitora.
„Jest planowany wyścig dzisiaj, około 23 w starym miejscu. Jeżeli
możesz, to puść mi dwa sygnały w odstępach dziesięciu sekund, jeżeli
nie możesz, puść trzy, albo wyślij lepiej smsa, to będziemy mieli
jasność. Pokój z tobą bracie. Mike.”
Czytający to mężczyzna uśmiechnął się do siebie. Pokiwał głową i wstał
od komputera i rozejrzał się po pokoju. Jego wzrok padł mimowolnie na
wielki plakat wiszący nad jego łóżkiem. NOS.
- Trzeba będzie wpaść do Michała, bo mam puste
butle. I jeszcze trochę podregulować ECU i będzie zupełnie stabilnie
chodził. Żeby tylko jeszcze zejść poniżej 4 sekund, to będę zupełnie
zadowolony... – zakończył z zadumą i szybkim ruchem chwycił za
kurtkę, którą zarzucił na siebie i wybiegł z pokoju. Jednak
zamykając drzwi przypomniał sobie, że zapomniał wyłączyć laptopa,
który wciąż pracował na jego biurku. Naprawił swoją pomyłkę i
zamknął za sobą drzwi. Idąc szybkim krokiem przez długi korytarz
akademickiej piwnicy minął kilku znajomych, których pozdrowił
krótkim cześć.
Stanął na schodach budynku, w którym mieszkał i rozejrzał się po
stojących na parkingu samochodach. Żaden z nich nie wyróżniał
się zanadto marką ani jakimiś wymyślnymi dodatkami. Jednak on wiedział,
ze jedno z tych aut ma pod maską coś, co czyny je wyjątkowym. Silnik
T-66 z podwójną turbosprężarką i wielopunktowym wtryskiem
podtlenku azotu oraz świetnie skonfigurowanym ECU sprawiało, że ten
wóz wyciągał 100 kilometrów na godzinę w czasie mniejszym
niż 4.5 sekundy, dzięki czemu dawało ono właścicielowi spore dochody z
nielegalnych wyścigów ulicami stolicy nadwiślańskiego państwa, w
jakie angażował się często.
Wyciągnął przed siebie rękę, w której trzymał kluczyki i
nacisnął przycisk na breloczku, na co bordowy Opel Astra I zareagował
radosnym mrugnięciem. Młody mężczyzna ruszył w tamtym kierunku, po czym
wsiadł i odjechał z parkingu.
Nie jechał długo, ponieważ cel jego wyprawy był niedaleki. Był to
niewielki warsztat jego przyjaciela, w którym sam czasem
dorabiał do niewielkiej pensji informatyka w firmie podległej pod
państwo.
Z daleka zobaczył charakterystyczny szyld warsztatu o nazwie
„Ewelina”, gdyż tak miała na imię narzeczona właściciela
tego przybytku najróżniejszych akcesoriów do
samochodów.
Chłopak zrzucił na niższy bieg, po czym skręcił łagodnym łukiem na
parking przed sklepem. Zgasił silnik i wyszedł z samochodu, po czym
ruszył szybkim krokiem w kierunku sklepu.
- Siemka Mike! – powiedział do mężczyzny
stojącego za ladą który studiował jakieś informacje na ekranie
stojącego przed nim komputera..
- Cześć Krzychu. Dostałeś wiadomość? – spytał
szybko.
- Tak. Wchodzę w to, tylko muszę załadować u ciebie
do pełna NOS-a, bo moje butle są puste po ostatnim wyścigu.
- Dobra, wciągaj furę na zaplecze – powiedział
wskazując za siebie – Zaraz przyjdę to podłączę cię. Mam ostatnio
nowy system nabijania – dodał jakby do siebie.
- Tylko mi niech nie wywali trzeciego wtrysku
– Krzycho rzucił na pożegnanie i wyszedł ze sklepu, by po chwili
pojawić się na jego zapleczu, gdzie już stał ten sam mężczyzna,
który przed chwilą czytał dane za ladą sklepową.
Bordowy Opel wjechał powoli na podjazd testowy. Silnik auta zgasł i
wyszedł z niego ten sam niewysoki chłopak.
- Jak się sprawuje na twoim pomyśle – Maciek
wskazał palcem na samochód.
- Działa stabilnie, ale trochę za słabo jest czasem
z chłodzeniem. Jeżeli jest niezbyt ciepło, to jeszcze pół biedy,
ale gdy grzeje, to mam kłopoty z diodami. Druga jest już przy 250 na
godzinę i pierwszym, czasem drugim kanale NOS-a. A kiedy jest przyjemny
chłodek pierwsza dioda koci się przy 285 i trzecim kanale.
- Znaczy: sprężarce nitro? – bardziej
stwierdził niż spytał – Nie podoba mi się ten pomysł, ale
zaczynam się do niego przekonywać. Wygrałeś już na nim trzy wyścigi, i
zawsze miałeś jakieś 5, czasem 6 sekund przewagi nad resztą. Tylko
niepokoi mnie niewielki przestój przy starcie. Nie masz już
takiego kopa jak kiedyś, ale za to używasz trochę lepiej nitro i
przerzucasz biegi.
- A czego się spodziewasz po prawie
dwudziestoletniej furze – spytał go.
- To zacznij jeździć tym Mustangiem, albo go
sprzedaj – odrzucił mu i podszedł do niewielkiej konsolety, obok
której stała sprężarka – Najlepiej dla mnie, a ja już
znajdę mu nowego właściciela – zaśmiał się – Ostatnio
pytali mnie, czy mogę sprowadzić jakiegoś Mustanga z 56 roku w dobrym
stanie. Ja na to im, że popatrzę, posłucham… Ale jak coś, są
gotowi zapłacić od 100 patyków euro wzwyż. Znam ich, bo już od
dawna szukają rzadkich fur, które wzbudzają podziw.
- Zły adres. Mustanga nie można sprzedać. Można go
oddać, ale nie sprzedać. I nie można się o niego zakładać. Ten
samochód jest jak koń. Najpiękniejszy koń dla każdego kierowcy.
- Jednak moja propozycja jest nadal aktualna.
- Mniejsza o to – wzruszył ramionami –
Ja wolę mojego Opla na wyścigi, ale jeżeli mam jeździć dla
przyjemności, to wolę Mięśnia – uśmiechnął się i usiadł na maskę
swojego samochodu – Zaraz wiozę pracę magisterską do promotora.
Trochę się boję…
- Czego?
- Chłopie… On potrafi powiesić psy na każdym,
nawet najlepszym. A jakoś niezbyt się lubiliśmy przez te cztery lata.
- Z reguły się nie lubi tych, który
przechodzą w połowie pierwszego roku na drugi…
- Tacy są uważani za lizusów i
kujonów… A wiesz, że ja taki nie jestem. Ile zajmie ci
nabicie butli?
- Pół godziny… Godzinę –
poprawił się i spojrzał na samochód – Z demontażem.
- Nie mam tyle czasu. Mogę wziąć twoje auto?
- Dobra, tylko nie zarysuj – rzucił mu
kluczyki na breloku, których widniały cztery, nachodzące na
siebie kółka – I żadnych wyścigów od świateł do
świateł z półgłówkami, jasne? – spytał zdenerwowany.
- Jasne, spokojnie… To są moje – podał
mu klucz do Opla – Będę za godzinę, może mniej – wzruszył
ramionami i jeszcze raz sprawdził, czy w kieszeni ma pendrive’a i
wyszedł z garażu przez te same drzwi, przez które wjechał. Na
prawo od wjazdu znajdował się garaż, w którym stało Audi A4 o
lakierze koloru Navy. Podszedł do niego na odległość kilkunastu
centymetrów i nacisnął przycisk na breloku. Samochód
zamrugał i Krzycho wsiadł za kierownicę.
Błyskawicznie wyjechał z garażu i znalazł się na ulicy.
Skrzynia biegów chodziła bezszelestnie, a o zmianie przekładni
świadczył tylko charakterystyczne syknięcie, które sam znał
doskonale ze swojego samochodu. Nie ma to jak zawór
turbosprężarki.
Na sporym parkingu przed uczelnią stała masa samochodów, a
dominowały stare konstrukcje z fabryki FSO. Maluszki. Różnego
koloru, nierzadko z nalepionymi na tylnych szybach napisach
świadczących, iż są to samochody wyścigowe.
Wysiadający z Audi A4 mężczyzna zaśmiał się do siebie.
Przeszedł szybko odległość dzielącą go od wejścia na uniwersytet. Po
przekroczeniu progu swojej szkoły znalazł się w holu, w którym
skręcił w lewo, w kierunku gabinetu swojego promotora.
Na przeszklonych drzwiach wisiała niewielka tabliczka, która
głosiła, iż w tym gabinecie urzęduje docent Andrzej Mróz.
Zapukał bez wahania w drewnianą część drzwi.
- Proszę! – usłyszał zdenerwowany, tubalny
głos promotora.
- Dzień dobry – przywitał wchodząc do
pomieszczenia i zamykając za sobą drzwi – Przyniosłem moją pracę
magisterską na temat nieliniowej kryptografii – sięgnął do
kieszeni i wyciągnął z niej czerwonego pendrive’a i położył przed
mężczyzną.
- Nadal nie używasz formy pisanej, nawet drukowanej?
– docent spytał poważnie, jednak w jego głosie słychać było
lekkie zażenowanie.
- Jestem typowym informatykiem. Umiem pisać ręcznie,
jednakowoż wolę formę klawiatury. Jest dla mnie wygodniejsza, a ponadto
pisze na niej szybciej niż długopisem – pokiwał głową.
- A w dodatku jesteś najbardziej upierdliwym
studentem, jakiego miałem pod opieką. Dzięki za pracę. Postaram się
przejrzeć ją z większego na jutro, najwyżej na pojutrze – dodał i
spojrzał na niewielkie urządzenie – Oddać ci go teraz, czy potem?
- W miarę możliwości, chciałbym teraz, bo mam na nim
jeszcze trochę ważnych danych.
- Dobrze – mężczyzna schylił się i włożył
urządzenie do portu USB swojego komputera. Spojrzała monitor i odczekał
chwilę – Plik „pierdoły”? – spytał spoglądając
na Krzysztofa spod okularów.
- Nie. „Praca”. Waży ponad 100 kilo. Coś
koło 50 stron maszynopisu.
- Tak mało?
- Nie ma to jak Open Office.org – zaśmiał się.
- Czyli nadal nie jesteś za Windowsem?
- Za drogo, zwłaszcza na portfel studenta.
- A pirata?
- Jaja se… Żartuje pan?
- Nie. Ja kiedyś używałem, a potem dałem zarobić
monopolistom. Ale w domu mam Mandrake.
- Ja wierzę w Fedorę. Nie wiem czemu.
- Wykrywa więcej urządzeń i ma do nich sterowniki
– stwierdził docent nurkując pod biurko – Proszę. Do
zobaczenia Michale – uśmiechnął się.
- Proszę tak na mnie nie mówić. Wolę
Krzysztof.
- Dlaczego? – mężczyzna siedzący za biurkiem
zaciekawiła się.
- Nie wiem czemu. Wolę moje drugie imię. Do
zobaczenia jutro panie psorze… Znaczy się docencie Mróz
– uśmiechnął się i wyszedł w pomieszczenia.
- Nie mów tak na mnie – rzucił za nim
– Zwariowany młokos – powiedział do siebie – Ale jest
najlepszy z tej zgrai.
Krzycho lawirował szybko pomiędzy wychodzącymi z sal studentami idąc do
wyjścia z budynku.
Niemal instynktownie spojrzał na fluoryzującą w mroku korytarzyka
tarczę zegarka. Wskazywała godzinę 17.40. Za jakieś pół godziny
miał się stawić w pracy po odbiór laptopa do pracy na weekend.
Nie podobał mu się ten pomysł, bo nie znosił pracować na firmowym
sprzęcie. Wolał swojego, mocno wysłużonego, ale nadal działającego
notebooka. Jednak takie były zasady firmy INFPol, w jakiej pracował od
roku. I uchodził w niej za dobrego pracownika.
Usadowił się w miękkim siedzeniu Audi swojego przyjaciela i ruszył
powoli z parkingu w kierunku siedziby firmy. Kolejne uliczki
które mijał były wolne od korków, jednak musiał on
przeciąć główną arterię komunikacyjną Warszawy – ulicę
Marszałkowską. Nienawidził tego, jednak nie miał wyboru. Między innymi
z tego powodu dojeżdżał do pracy rowerem lub metrem, a prawie nigdy
samochodem. Teraz, z braku innych środków transporty musiał stać
w korku, który był i tak wyjątkowo mały, jak na koniec godzin
szczytu.
Kilka minut po godzinie osiemnastej jego samochód zatrzymał się
na miejscu parkingowym przeznaczonym dla pracowników. Każdy z
użytkowników miejsc miał własny numer, i każda nizama samochodu
musiała być znana dla ochrony parkingu.
- Cześć Łukasz – Krzysztof przywitał się z
parkingowym – Jestem teraz niebieskim Audi A4 kumpla. Stoję na
swoim stanowisku. Zaraz się zwinę, tylko wezmę sprzęt na weekend.
- Znowu gonią? – wysoki mężczyzna za śmiał się
z dozą sarkazmu.
- Nie, tym razem ja potrzebuję trochę pieniędzy.
Jednak nie płacą mi kokosów, ale jakoś nie mogę wykombinować
więcej kasy.
- Sądząc po kimś, kto jeździ takim samochodem, można
mieć wątpliwości – wskazał na stojący opodal samochód.
- Należy do mojego kumpla. Niestety, ja jeżdżę
dwudziestolatkiem – zaśmiał się i przyśpieszył kroku.
18.10. Jeszcze pięć minut wydają ¬¬notebooki.
Szybko wbiegł po schodach i stanął przed niewielkim okienkiem, na
którym znajdował się napis wydrukowany na zwykłej drukarce
atramentowej: „Wydawanie sprzętu 17.15-18.15”
- Dzień dobry – uśmiechnął się do wysokiej,
smukłej dziewczyny o płowych włosach stojącej za okienkiem –
Michał Krzysztof Markiewicz. Miałem odebrać laptopa do pracy na
zapiątek, który zapowiada się wyjątkowo nieprzyjemnie, z racji
pogody, a raczej braku dobrej – uśmiechnął się ponownie, tym
razem bardziej żartobliwie.
- Wiem – odrzekła mu – zawsze się
spóźniasz Michał. I zawsze unikasz kolejki. Prawie wszyscy chcą
odebrać sprzęt jak najszybciej, by mieć, chociaż kilka minut więcej na
pracę, lub trochę więcej czasu wolnego, ale ty zawsze przychodzisz
ostatni, i zawsze przynosisz sprzęt z największą ilością wykonanej
pracy. Czy możesz mi zdradzić tajemnicę, jaką owiana twoja praca
– dziewczyna podparła brodę na złożonych piąstkach.
- To proste. Cierpię na bezsenność, i nudzę się
nocami. Chyba, że współlokatorzy słuchają jakiegoś kiszonego
hip-hop-polo, to zasypiam szybko – zaśmiał się – A poza tym
jestem spokojnym akademickim kociakiem, który lubi siedzieć
przed kompem.
- Czyli jesteś samotny - spytała zalotnie.
- Niezainteresowany – uciął gestem ręki
– wystarczy mi to co mam. Możesz podać mi laptopa, bo muszę być
za pół godziny u kumpla na drugim końcu miasta, i nie chcę się
spóźnić – uśmiechnął się.
- Rozumiem – dziewczyna pokiwała głową –
Nie naciskam – podała mu czarną skrzynkę o wymiarach zeszytu i
leżącą na nim kartkę z podpisami, do których szybko dołączył
autograf Krzysztofa.
- Dziękuję – powiedział szybko – Na
razie – rzucił na pożegnanie i odszedł od okienka.
Nagle kątem oka dostrzegł swojego szefa i przyśpieszył kroku nie chcąc
się z nim spotkać. Kolejne kroki zdawały mu się oddalać go od
nadchodzącego zwierzchnika, jednak nagle usłyszał swoje imię
wypowiedziane przez usta trzydziestoletniego mężczyzny.
- Michał, poczekaj – powtórzył wołanie
i podbiegł do niego.
Wywołany zatrzymał się poirytowany zatrzymaniem go przez szefa.
- Dzień dobry – przywitał się – O co
chodzi szefie?
- O twoją robotę na ten weekend. Przyjrzałem się
twojemu projektowi, który prowadzisz przez ostatnie dwa tygodnie
i jestem pod wrażeniem. Nie tylko z resztą ja, ale i cały zespół
dyrektorski. Odłóż swoją pracę na ten weekend, i popracuj nad
tym – mężczyzna podniósł na wysokość oczy podwładnego
czarnego pendrive’a.
Chciał mieć tą rozmowę za sobą, więc musiał jakoś zbyć swojego
szefa.
- Muszę?
- Raczej tak. I postaraj się to zrobić do końca tego
miesiąca.
- Czy to ma znaczyć, że mam rzucić całą obecną
robotę w cholerę i zając się od nowa projektem, którego nie
zaczynałem? To nie ma najmniejszego sensu dla mnie – wzruszył
ramionami i rozłożył nieznacznie ręce.
- Niestety, ale musisz – przynaglił go ruchem
dłoni – Bierz tą pamięć i idź. Możesz dostać za to podwyżkę o
pięć tysięcy w skali rocznej.
Krzysztof patrzył przez krótką chwilę na urządzenie,
które trzymał starszy mężczyzna.
- Z dwudziestu trzech na dwadzieścia osiem –
pokiwał głową – Mi pasuje. Tylko trzymam za słowo – przejął
urządzenie i schował je do kieszeni – Trzymam za słowo –
powtórzył dla upewnienia się, że jego stanowisko jest znane dla
zwierzchnika i odwrócił się na pięcie. Kolejne kroki jakie
przebył w ciszy utwierdziły go, że jego rozmówca zrozumiał go.
- Panie Markiewicz – usłyszał znowu ten sam
głos – Jestem słowny, i wywiązuję się z danych obietnic –
krzyknał za nim.
To się rozumiemy – pomyślał szybko i wyszedł z budynku.
Kilka chwil później znajdował się znowu na zatłoczonych ulicach
stolicy.
- Naładowałeś mi już „gaz
rozweselający”? – spytał wchodzący do garażu Krzysztof.
Stojący przy stoliku mężczyzna wzdrygnął się na głos przyjaciela.
- Jasne… Mógłbyś pukać, jak wchodzisz,
bo z moim zamiłowaniem do kofeiny czeka mnie zawał w najbliższym
czasie, więc daj sobie spokój z podchodzeniem mnie na stracha,
bo nie przepadam za tym.
- W porządku. Ale napełniłeś te butle?
- Tak, tak – pokiwał głową – Masz kogoś?
– Mike zadał niespodziewanie pytanie.
- Jasne. Nazywa się Toshiba, ma na pokładzie
platformę Centurio II Intela i nagrywarkę DVD DL w kieszeni, a ponadto
ma Linuxa na pokładzie. Pasuje? – spytał zabawnie.
- Jasne – pokiwał głową z przekorą –
Mówię o kobiecie, dziewczynie – niepotrzebne skreślić
– a nie o twój komputer.
- Nie mam żadnej.
- Nawet na oku?
- Nawet na oku.
- Kręcisz coś.
- Nie.
- Znam cię.
- A ja wiem, jak cię kopnąć. Daj spokój, i
lepiej powiedz, jak się układa między tobą a Eweliną.
Mike pokręcił głową.
- Jest dobrze, planujemy ślub na przyszły rok, bo w
tym chce zrobić dyplom.
- Ona, czy ty już na łeb upadłeś?
- Ewelina. A ty też upadłeś na łeb.
- Mi to jest potrzebne. Ty masz już wyuczony
zawód.
- Ale planowałem kiedyś coś więcej.
- Nie wystarczy ci WAT?
- Nie. Ale i tak jestem zadowolony. Chociaż czasem
trochę żałuję, że tam poszedłem. Zbyt wiele się nauczyłem.
- Czasem trzeba. Może się to trochę przydać. Wyścig
za trzy godziny?
- Tak – właściciel zakładu potrzasnął głową
– Ja już za godzinkę zamykam garaż.
- A ja idę coś zjeść, bo jestem głodny. Masz coś do
jedzenia na górze?
- Tak. Wiesz, gdzie mam lodówkę. Ale dlaczego
się nie przeniesiesz do mnie?
- Nie chcę ci krępować rąk w obecności twojej
narzeczonej.
- Masz rację…
- A poza tym, u mnie jest ciszej w weekendy, mimo
balang. Wyciszyłem sobie pokój styropianem, bo nade mną
mieszkają dwaj dresiarze. Nic do nich nie mam, ale lubią urządzać
imprezy. Wiec co sobotę mam wesoło na górze.
- Niestety – pokiwał głową – Ja zacznę
robić już dzisiaj rozrachunek za dzień. O ósmej zamykam, a na
starcie musimy być coś o 9, bo mają być fotografowie z jakichś gazet.
Mogę pożyczyć twojego Mustanga? – Mike uśmiechnął się błagalnie.
- Tylko, jeżeli weźmiesz ze sobą Ewelinę. Nie lubię
robić za przyzwoitkę.
- Ostatnio to ja częściej piastuję to stanowisko
– skwitował komentarz przyjaciela i wyszedł do sklepu.
Krzysztof uśmiechnął się do siebie i przeczesał niedługie włosy
palcami. Rozejrzał się po pomieszczeniu i spojrzał na trzymanego pod
pachą laptopa. Pokiwał głową i jeszcze raz spojrzał na swoje auto.
- Smacznego – Krzysztof usłyszał damski głos
za plecami – Co jesz?
- Kanapkę z czegoś, co wygląda mi na mięso, ale nie
potrafię dokładniej sprecyzować tego rodzaju jedzenia, bo to dosyć
dziwny posiłek. Gadałaś z Mikiem?
- Tak. Czy to prawda, że pożyczasz mu swojego
Mustanga?
- To prawda – odwrócił się do niej i
oparł plecami o stół kuchenny przyjaciela – Za jakąś
godzinę wyjeżdżamy.
- Wiem. W końcu zobaczę, jak się ścigasz.
- Ręczę, że nie ma w tym nic bardzo ciekawego, kiedy
to jakaś rozlatująca się fura wjeżdża na start i wszyscy się śmieją z
niej.
- Ciekawe.
- Jak dla kogo… - Krzysztof pokiwał głową z
uśmiechem na ustach i odwrócił się ponownie przodem do stołu, na
którym stał laptop – Ewelina… - zaczął ostrożnie
– Na kiedy planujecie zalegalizowanie waszego związku?
- Rozmawiałeś z Marcinem?
- Tak. Mówił coś o przyszłym roku, bo chcesz
robić dyplom.
- To prawda. Nie sądzę, żeby to było wcześniej.
- To mądra decyzja Dziecko, na ewentualność
oczywiście, mogłoby pokrzyżować twoje plany związane z pracą dyplomową.
- Ty już to masz chyba z większego za sobą?
- Jakby… Dzisiaj zdałem do poprawki dla
mojego promotora swoją pracę i trochę się boję, ale po ostatniej
poprawce przyczepił się tylko nieznacznie gramatyki, ale i to
poprawiłem. Powinno być dobrze – wzruszył ramionami.
- Tego się spodziewałam. W końcu jesteś jednym z
najlepszych na uczelni – zaśmiała się.
- Skąd wiesz – odparł jej patrząc w monitor.
- Nie zapominaj, że nadal jesteśmy z Marcinem
przyjaciółmi. To podstawa dobrego związku.
- Faktycznie… Cholera… - chłopak
pokręcił głową ze zdziwieniem – Oni chcą wykorzystać mój
projekt do swoich celów… - powiedział cicho do siebie
– Wykastruję chama, tylko dopadnę… - szybko sięgnął do
kieszeni po telefon i wybrał numer swojego biura – Poproszę z
Andrzejem Andrukiewiczem. Tak, z szefem programistki… Nie ma go?
W takim razie proszę mu przekazać, iż żądam wyjaśnień w sprawie pracy,
którą otrzymałem od niego. Powinien wiedzieć, o co mi chodzi.
Tak Dziękuję. Do widzenia.
Schował szybko telefon do kieszeni i wpatrywał się w monitor laptopa
szukając wyjścia z sytuacji.
- Co jest? – stojąca za nim Ewelina zdziwiła
się zachowaniem przyjaciela jej narzeczonego.
- A nic… Takie pierdoły typowe dla firm
informatycznych – pokręcił głową i machnął ręką w ignorujący
sposób.
- Jak uważasz…
Chłopak pokiwał głową. Spojrzał na zegarek na ręku. Wskazówki
wskazywały godzinę 20.06. Pokiwał głową i jeszcze raz spojrzał na
monitor swojego laptopa.
Równie dobrze mógłbym założyć własną firmę i zarabiać
kokosy na tym, co robię… Po ką cholerę ja się pakowałem do
państwowej firmy? Chyba tylko dlatego, że zależy mi chociaż trochę na
obronności tego kraju. Chociaż zaczynam wierzyć w szlachetność moich
postanowień – pomyślał sobie i uśmiechnął się gorzko.
Szybkim ruchem zamknął wieko komputera i wyją niewielkiego
pendrive’a z portu USB, który to schował do kieszeni.
Wstał szybko od stołu i rozejrzał się po kuchni. Był sam. Ewelina
wyszła zapewne bezszelestnie zostawiając go samego z jego troskami.
Pokiwał ponownie głową i wziął swojego laptopa pod pachę, po czym
zszedł do garażu. Zatrzymał się jednak na schodach, bo usłyszał dziwne
odgłosy dochodzące zza stalowego wspornika stropu. Wiedział co, a
raczej kto wywoływał te odgłosy.
Uśmiechnął się sam do siebie i najciszej jak mógł zszedł na
dół i wsiadł do otwartego Opla. Położył na siedzeniu pasażera
komputer i spojrzał na zegary samochodu. Prędkościomierz był wyrażony w
milach, a nie w kilometrach, jak jest to zazwyczaj w samochodach w
nadwiślańskim kraju. Największą była tu liczba dwieście. Mil na
godzinę. Samochód swobodnie potrafił dojść do 185 mil, dzięki
czemu był nadzwyczaj szybki. Jak na takiego staruszka.
Odgłosy zza wspornika nagle się wzmogły i Krzycho spojrzał w lusterko
wsteczne. Zza filaru wystawał łokieć Mike’a. Znowu uśmiechnął się
sam do siebie i sięgnął po paczkę papierosów, którą nosił
w kieszeni przy udzie. Szybko wyciągną z niej podłużną, białą laskę,
którą przypalił zapalniczką samochodową.
Zaciągnął się dymem i pomyślał sobie o tych wszystkich substancjach
smolistych, jakie wdycha właśnie do płuc.
Pierdoły – pomyślał sobie – Mi to jeszcze nie zaszkodziło,
a mały dymek raz na kilkanaście godzin jeszcze nikomu mocno nie
zaszkodził, tylko uspokaja nerwy. Ot i wielkie co – pomyślał
sobie i strzepnął popiół do popielniczki.
Zaciągnął się jeszcze raz i zagasił papierosa w popielniczce,
którą szybko zamknął.
Spojrzał na zegarek. Wskazywał 20.24.
- Jeszcze minuta i trąbię – spojrzał w
lusterko wsteczne.
Sześćdziesiąt sekund minęło błyskawicznie i po chwili w garażu rozległ
się głośny klakson.
Gdy tylko ucichł zza filaru dało się słyszeć odgłosy, ale inne
niż te sprzed niecałej minuty. Tym razem ktoś się spieszył.
Siedzący w aucie Krzysztof spoglądał we wsteczne lusterko i śmiał się
do rozpuku widząc wychodzących zza filary Ewelinę i Marcina
którzy zachowywali się, jakby ktoś przed chwilą przyłapał ich na
czymś bardzo nieprzyzwoitym I tak było w rzeczywistości.
- Jestem już dużym chłopcem, więc wam nie
przeszkadzałem. Jednak czas goni, więc musiałem dać wam znać o tym.
Dokończycie później, o ile werwa cię nie opuściła Marcin.
- Spadaj – odrzekł mu po chwili przyjaciel, po
czym zaśmiał się jakby sam do siebie – Od kiedy tak patrzyłeś?
- Raczej słuchałem. Od jakiegoś kwadransa, może
trochę więcej. Nie miałem serca wam przerywać – spojrzał to na
stojącą koło Audi Ewelinę, to na idącego powoli w kierunku drzwi do
wewnętrznej przegrody garażu Mike’a.
- Dzięki, ale nie wiedzieliśmy po prostu, że jesteś
tutaj – mówiła speszona, szybko poprawiając rozrzucone po
jej całym czole włosy.
- Nie ma sprawy. Trzeba już jechać – Krzysztof
spojrzał na tył swojego samochodu, i upewnił się, że znajdują się pod
tylnimi kanapami dwie butle. Z podtlenkiem azotu. Dawały mu one przy
każdorazowym użyciu 140, 220 lub 350 koni mechanicznych więcej, w
zależności od ilości wtryskanej do silnika, jaką ustawił wcześniej
kierujący.
Spojrzał na nie spokojnym wzrokiem, po czym wrócił do normalnej
pozycji. Zamknął drzwi, i usłyszał za sobą znajomy, bardzo głośny huk
silnika, który bardziej w dźwięki przypominał bąka, który
tuż nad ziemią wolno machał swoimi skrzydełkami. Ale ten odgłos wył o
wiele głośniejszy. I Krzysztof wiedział, co to jest.
American muscle z 1956 roku z Detroit. Należący do niego.
Uśmiechnął się pod nosem i przekręcił kluczyki w stacyjce. Normalny,
niezbyt głośny hałas doszedł do jego uszu. Spojrzał na drążek zmiany
biegów i pogładził go delikatnie, jakby obchodził się z dłonią
swojej dziewczyny. Której nie miał.
Spojrzał w tylne lusterko. Marcin właśnie zatrzymał przed Eweliną
grafitowy samochód, a ta otworzyła sobie drzwi dla pasażera i
wsiadła do wnętrza pojazdu.
Krzysztof powoli wrzucił bieg i jadąc na najniższych obrotach wyjechał
z garażu przyjaciela, który jechał za nim, by zatrzymać się na
chwilę.
Ręka Mike’a wychyliła się na chwilę przez szybę i drzwi do garaży
zaczęły się zamykać.
Bordowa Astra zaczęła powoli toczyć się po podjeździe, by wjechać w
końcu na jedną z setek warszawskich ulic.
Wzdłuż drogi prowadzącej bezpośrednio na most Świętokrzyski stała cała
masa samochodów. Różnych marek, o różnym
wyglądzie, jednak był element, który łączył wszystkie te
pojazdy. W większym lub mniejszym stopniu ich właścicielowi pozmieniali
ich wygląd lub części znajdujące się pod maską.
Czyli innymi słowy – poddali je tuningowi.
Spośród nich wyróżniał się jeden samochód,
który zdawał się, odstawał od reszty z powodu swojej
zwyczajności. Zewnętrznej tylko.
- Kto ot przyjechał takim staruchem – spytał
śmiejąc się złośliwie wysoki blondyn – Dziwne, że jeszcze ta
Astra się jakoś trzyma, bo jakoś już jej nie prorokuję wielu lat jazdy.
- Masz rację, ale ciekawe co ma pod maską –
niszy nieco chłopak wydał się trochę ostrożniejszy w swej ocenie.
- Pewnie ośmiozaworowy silnik 1.6 bez żadnych zmian,
bo raczej nie ma co inwestować w zmiany takiego grata –
powiedział z ignorancją wyższy.
- A co powiesz na podwójny silnik T-66 z
podwójną turbosprężarką, niezależnym systemem ECU i
wielopunktowym wtryskiem podtlenku azotu – niski głos właściciela
samochodu odezwał się zza pleców rozmówców - Dodaj
do tego bardzo sprawny system chłodzenia i fakt, że chyba jedyną
podstawową częścią tu jest nadwozie. Nie oceniaj dnia przed zachodem
słońca, i szefa przed jego odejściem. Naucz się tego młokosie.
- Czego mnie będziesz uczył biedaku – zaśmiał
się z wyższością – I tak nie umywa się do mojego Porsche –
parsknął – Tuning jest dla tych, którzy kochają prędkość,
ale nie mają kasy na jakieś naprawdę szybkie auto. A ci, którzy
mają, nie muszą się męczyć. Prędkość jest w standardzie –
wzruszył ramionami – A nie można zmienić doskonałości.
Krzysztof zaśmiał się z pobłażaniem.
- Ile czasu się ścigasz – spytał nagle
podchodząc do dużo wyższego rozmówcy.
- Rok. I nikt mnie nie doścignął.
- A jak się ścigasz?
- Od świateł, do świateł.
- A na ćwiartkę?
- Nie. To dla mięczaków – zaśmiał się.
- Raczej dla tych, którzy kochają dźwięk
zaworu turbosprężarki i zmianę biegów w optymalnym momencie
obrotowym, amatorze. Naucz się tego.
- Jakoś mi nie wyglądasz na nauczyciela, skoro
jeździsz nadal takim gratem.
- Liczy się wnętrze.
- Ale jego nie zobaczysz w dzień. Klasa musi byś
widoczna w samochodzie każdego dnia, tak, by każdy, kto zobaczy
twój samochód wiedział, że należy do kogoś, kto się zna,
i kocha samochody. No i na kogoś, kogo stać na dobrą furę.
Krzysztof zaśmiał się ponownie, tym razem z większym pobłażaniem i
wesołością.
- Oj… Nie mam w tobie rozmówcy. Czy
mógłbyś się sunąć, jak cię proszę grzecznie – podszedł do
wysokiego chłopaka i lekko zadarł głowę ku górze.
Cholera… Wysoki ten klient. Ze dwa metry chyba ma. Ale raz go w
czułe miejsce, a więcej nie podskoczy – Krzysztof pomyślał szybko.
- Nie skończyłem z tobą rozmawiać – odrzekł mu
i stanął jak wryty.
- Ja tak. Przepraszam, czy możesz się przesunąć?
– powiedział, tym razem z większą mocą.
- Nie.
- Nie sądzę, żebyś chciał, żebym zrobił teraz to, co
zamierzam – powiedział powoli kręcąc głową.
- Nie mam nic przeciwko.
- W takim razie nie pozostaje mi nic innego, jak
spełnić twoje marzenia – znowu zadarł głowę i złapał swojego
rozmówcę za nadgarstek, obrócił się tłem do niego i
przerzucił go jak piórko przez plecy. Wszystko nie trwało nawet
pól sekundy, i wysoki chłopak leżał na ziemi nadal trzymany za
nadgarstek przez niższego przeciwnika. Chłopak poruszył się, jednak
szybki obrót Krzysztofa uniemożliwił mu to przez wykręcenie ręki
niemal do granic wytrzymałości - A więc prosiłem, ale ty nie usłuchałeś
nawet ostrzeżenia. Więc miejmy jasność. Rozmowa została zakończona, bo
jak masz jeszcze jakieś wątpliwości, mogę jeszcze się przekręcić o
kilka stopni, co będzie w praktyce końcem twoich ścięgien na prawej
ręce. Rozumiemy się – nachylił się nad pokonanym.
- Tak – odpowiedział mu chłopak przez
zaciśnięte zęby.
- W porządku – niski mężczyzna puścił
nadgarstek przeciwnika i ruszył do samochodu, jednak znowu poczuł
czyjąś dłoń na swoim ramieniu.
Postąpił bardzo podobnie, co kilka chwil wcześniej.
Obrócił się i odbił zaczepiającego go wyższego mężczyznę od
swojego auta, po czym wykręcił mu rękę do tyłu i oparł o stojący obok
niego stuningowanego Golfa III i przygniótł swoim łokciem.
- Czy się nigdy nie nauczysz, że nie zaczepia się
zwycięzcy? – powiedział mu na ucho – Kolejnym razem nie
będę działał pacyfistycznie, tylko po prostu sprzedam ci taką torpedę w
twarz, że będą cię zszywać przez dwie godziny, i to nie uda im się
złożyć wszystkiego do kupy. Chcesz tak? – spytał powoli –
Spójrz, wszyscy tutaj zebrani potwierdzą, że działałem w
samoobronie, i twoje postulaty sądowe… Ewentualne pretensje pod
moim adresem spalą na panewce. Mamy zgodność zdań, w tej kwestii?
Chłopak pokiwał głową.
- Czy mamy jasność? – spytał głośniej.
- Tak! – odpowiedział mu przez zęby młodzian.
- Słyszeliście wszyscy. On się zgadza –
powiedział do części zebranych wokoło ludzi.
Odpowiedziały mu pojedyncze potakiwania i skinienia głowami.
Krzysztof puścił młodziana i odsunął się lekko.
- Nic ci nie będzie. Działałem tak, by nie uszkodzić
się ani trochę. I tą rozmowę uważam za skończoną.
Młodzian patrzył na swojego przeciwnika spode łba dysząc ciężko
bardziej z gniewu niż ze zmęczenia.
- Tu i teraz. Wszystko albo nic. Zwycięzca bierze
wszystko. Ścigamy się na wybranym przez ciebie dystansie. I zobaczymy,
który z nas jest lepszy – powiedział powoli.
- Nie ciągam. Ścigam się za kilka minut w
ogólnym wyścigu. Otwartym, tu dodam. Jak chcesz faktycznie
pokazać swoją wyższość, to wyciągaj z kieszeni dziesięć patyków
i wchodź do wyścigu. I jak to powiedziałeś przed chwilą –
zwycięzca weźmie wszystko.
Młodzian wyprostował się dumnie i spojrzał na niższego przeciwnika z
nietajoną pogardą.
- Zobaczymy, czy tylko jesteś dobry w walce na
pięści - parsknął na niego i odszedł powoli w kierunku swojego
samochodu.
Niski mężczyzna pokręcił głową z zażenowaniem.
- Dlaczego tacy amatorzy nigdy się nie nauczą, że
biorąc udział w wyścigu takim jak ten powinni okazywać maksimum
szacunku dla wszystkich…
- Ty też byłeś niepokorny – odezwał się tym
razem za jego plecami głos przyjaciela.
- Ale szybko spokorniałem, i aż tak nie skakałem jak
ten młodzian. Ile on ma lat…?
- Dwadzieścia. I je ojciec jest właścicielem jakiejś
dużej firmy informatycznej. A ten młodzian jeździ Porsche 911 ze starej
serii. Jest naprawdę dobre. Widziałem je kilka razy w akcji. Możesz
mieć kłopoty – dodał ciszej.
- Nie wiem… Muszę usłyszeć ten silnik –
powiedział nie odrywając wzroku od odchodzącego chłopaka.
Odczekał chwilę, aż wsiądzie do samochodu i zapali silnik.
Do jego uszu dobiegł głos wysokoprężnego silnika.
Krzysztof uśmiechnął się.
- Siądzie przy 220 na godzinę – powiedział
powoli – Może nawet przy mniejszej prędkości.
- Ale ma NOS-a pod maską.
- Ja też. A z reguły takie młokosy jak on nie umieją
się nim posługiwać. Trochę się obawiam o jego umiejętności.
- Jeździ na automacie – Krzysztof usłyszał
ciepły głos.
- Dzięki Paweł – odwrócił się w
kierunku głosu.
- Nie ma za co. Witaj – podał mu ręce wysoki,
bardzo szczupły mężczyzna o zadziwiająco mocnych rękach – Ty
jeździsz chyba jeszcze na manualu.
- Tak – niski mężczyzna pokiwał głową –
I jestem z tego zadowolony niezwykle. Mam shift-light i jeżdżę jak
wariat – zaśmiał się – Dziesięć patyków? –
spytał Marcina.
- Tak. Dziesięć, ale sądzę, że ten gówniarz
podbije.
- O ile ma kasę przy sobie. Przyjechał tu chyba
tylko po to, by zaimponować dziewczynom. I mu szło wszystko dobrze,
gdyby nie zbytnia pewność siebie – powiedział lekko sylabizując
kolejne słowa.
- Faktycznie. Może postawi swoje Porsche?
- Nie sądzę, chociaż bym się nie zdziwił. Mocno.
- Może… - Mike pokiwał głową – Masz tą
kasę, czy nie? – spytał trochę zdenerwowany.
- Mam, mam – Krzysztof sięgnął do kieszeni i
wyją z niej spory zwitek banknotów dwustuzłotowych –
Przeliczone.
- Wierzę. Zawsze dotrzymujesz zasad wyścigu.
- Wiem. Idź teraz do tego młodzika i spytaj go ile
daje.
- Ile jest w stanie dać – poprawił go Marcin i
ruszył powoli w kierunku białego Porsche 911.
Krzysztof odprowadził go wzrokiem do połowy drogi, po czym zrezygnował
z dalszego śledzenia kroków przyjaciela i spojrzał ponownie na
swoją wysłużoną Astrę.
Wsiadł do niej i szybko omiótł wzrokiem wszystkie zegary, po
czym włożył kluczyk do stacyjki. Wszystko się ożywiło.
Nacisnął niewielki przycisk ukryty pod tapicerką, i spod radia wysunął
się niewielki dotykowy wyświetlacz LCD. Zlustrował szybko parametry,
jakie wyświetlał i nacisnął niewielki przycisk pod tabelami. Wartości
zaczęły się nieznacznie zmieniać.
Spojrzał za siebie i ponownie zlustrował butle z podtlenkiem azotu.
Uśmiechnął się gorzko i popukał w nie, by sprawdzić ich stan. Były
pełne. Marcin nabił je do pełna.
Czternaście litrów nitro powinno wystarczyć na dwa, trzy wyścigi
– pomyślał sobie i zwrócił uwagę na zegary.
W tym momencie Mike podszedł do jego drzwi.
- Młody nie spękał – powiedział wkładając
głowę przez otwartą szybę.
- Nie podbijał?
- Zapożyczał się u znajomych.
- Czuję się jak za pierwszym razem – Krzysztof
zaśmiał się.
- Tylko że wtedy nie miałeś tak dobrze wyrobionej
fury, tylko znakomite wyczucie co do momentu obrotowego i zwiększony
wtrysk mieszanki. Stare czasy.
- Ale wracają. Jejku…
- Co?
- Jak oceniasz młokosa? Ma NOS-a?
- Nie. Nie stać go na podsystem do jego wozu.
Kosztuje coś koło 12 tysięcy, a wykonania odpowiednich
podzespołów składowych nie podjąłbym się nawet ja, bo nie znam
się dobrze na tej konstrukcji. Ale za to ma pod maską 440 koni
mechanicznych. Tego się boję najbardziej.
- Ja też. Ale skoro mam, jak to określiłeś, dobrą
nogę do gazu, to będzie dobrze – uśmiechnął się – Ustawiać
się na linii?
- Tak. Zaraz dziewczyny ją wyznaczą –
właściciel zakładu uśmiechnął się i powolnym krokiem ruszył w kierunku
planowanej linii startu.
- Mike! – zawołał za nim wychylając się z wozu
Krzysztof – Chodź tu. Mam jeszcze jedną sprawę.
- Co jest? – Marcin spytał ponownie opierając
się o drzwi samochodu przyjaciela.
- Mam do ciebie prośbę. W razie jakichś komplikacji,
to nie przechylaj szali zwycięstwa w moją stronę. Chcę, żeby młokos
poznał smak prawdziwych wyścigów. Uczciwych. Niech wie, że
jeżeli mam się ścigać, to robię to uczciwie.
- Nie martw się. Będzie dobrze. Jestem uczciwym
człowiekiem – uspokoił go.
- Dzięki.
Marcin ponownie oddalił się, tym razem nikt go nie zatrzymał. Szybko
wydał predyspozycje dotyczące startu, i po chwili na drodze została
wyznaczona linia startu wyścigu, do które podjechały cztery
samochody: czarny Seat Ibiza ze świecącymi pod podwoziem neonami,
niebieskie Audi A4, białe Porsche 911 i bordowy Opel Astra I,
który wyglądał śmiesznie normalnie. Jak z resztą zwykle.
Jakby Polonezem podjechać, to byłaby mniejsza różnica –
pomyślał sobie Krzysztof i szybkimi ruchami zaczął odkręcać kurki przy
butlach z nitro. Cichy syk oznajmił mu, że gaz krąży już po
„krwiobiegu” jego samochodu, i wystarczy tylko naciśniecie
jednego przycisku, by przysporzył blisko 350 koni mechanicznych więcej
mocy.
A właśnie na to chciał przygotować ten samochód.
Bał się porażki. Pierwszy raz miał się ścigać z tak mocnym
przeciwnikiem, jakim niewątpliwie był właściciel Porsche 911. A
bardziej bał się mocy tego pojazdu, niż faktycznych umiejętności tego
młodziana.
Ale musiał się bać. Nie widział innego wyjścia.
Zmienił pozycję kilku przełączników, po czym ponownie wysunął
niewielki ekran LCD. Słupki zaczęły się powoli podnosić. Spokojny
uśmiech pojawił się na twarzy Krzysztofa. Wiedział, że wszystko w jego
samochodzie działa należycie.
Spojrzał na swoją lewą stronę. Stało tam samochód zaczepnego
młodzika, ukrytego za ciemnymi szybami. Na prawo nie było żadnego
samochodu. Lubił jeździć mając tylko jednego przeciwnika obok siebie.
Miał w takich sytuacjach wolną rękę.
Nagle drzwi dla pasażera z przodu się otworzyły i pojawił się w nich
Marcin.
- Krzysztof, chcę żebyś coś wiedział, że ten
młodzian postawił swoje Porsche przeciwko twoim pieniądzom. Mocno mu
zalazłeś za skórę, ale chyba boi się tego, że przegra.
- Dlaczego mi tego nie powiedziałeś?
- Bo nie zauważyłem, jak nerwowo się porusza.
Zapomniałem o tym szczególe.
- Cholerna socjotechnika – kierowca pokręcił
głową – Dziki, że mówisz to teraz. Czuję się pewniej.
- Zaraz start. Pewna wysoka brunetka chce was
wystartować – puścił oko do przyjaciela, na o on uśmiechnął się
do siebie i spojrzał przed swoją maskę.
Faktycznie, stała obok niej wysoka i smukła brunetka o prostych włosach
związanych w niewielki kucyk. Na sobie miała zwykłą, czarną prostą
koszulę lekko rozpiętą pod szyją i ciemne jeansy, podkreślające jej
fantastyczną sylwetkę.
Dziewczyna uśmiechnęła się zalotnie do Krzysztofa, a te odwzajemnił
uśmiech, jednak spojrzał po chwili przed siebie i pogładził ponownie
drążek zmiany biegów. Wyczuwał spodem dłoni każdą z siedmiu
dziurek oznaczających bieg. Ścisnął jednak po chwili mocniej gałkę i
zwiększył obroty. Silnik rozgrzewał się pod maską do temperatury około
120,00 °C. Miał jeszcze jakieś 60 zapasu. A tą granicę trudno było
przekroczyć. Spojrzał w tylne lusterko. Widział resztki płomieni,
które wylatywały na odległość jakiegoś metra z jego rury
wydechowej. Ponownie nacisnął pedał gazu zwiększając obroty. Wtedy
usłyszał piękny syk turbosprężarki. Chodziła znakomicie.
Wysoka brunetka uniosła obie dłonie.
Krzysztof zwiększał stopniowo obroty silnika i wrzucił bieg.
Wysoka brunetka opuściła dłonie.
Kierowca bordowego Opla poczuł, że jakaś siła wpycha go w niezbyt
wygodny fotel sparco, a samochód przyśpieszał.
Tak jak reszta pojazdów.
Minęło niecałe 2 i pół sekundy, a już zapaliła się zielona dioda
przy obrotomierzu, na co Michał przerzucił na drugi bieg. Cichy syk
turbosprężarki poinformował go, że urządzenie te dział bez zarzutu.
Szybko zlustrował zegar prędkościomierza.
Wskazywał 60 mil na godzinę. A minęły dopiero 4 sekundy od startu.
Coraz bardziej przyśpieszał, i mimowolnie spojrzał w swoją lewą stronę.
Nie było tam nikogo. Jednak to go nie uspokoiło. Powstrzymał się przed
spojrzeniem w lusterko wsteczne.
Shift-light rozjaśnił nieznacznie wnętrze samochodu zielonym światłem.
Krzysztof zmienił bieg i samochód zaczął coraz bardziej
przyśpieszać. Kolejne metry zbliżały go do mety. Na liczniku miał już
85,00 mil na godzinę. Lampka znowu się zapaliła, i on jak automat
zmienił bieg na wyższy. Znowu spojrzał w bok, ale nikogo nie zauważył.
Spojrzał w lusterko tylne i zobaczył w nim zbliżające się
niebezpiecznie szybko Audi A4.
Ktoś tu z NOS-em szaleje – Krzysztof powiedział cicho do siebie i
jego palec spoczął na przycisku wprowadzającym do mieszanki podtlenek
azotu. Jednak go nie wcisnął. Miał zwyczaj robić to na piątym biegu.
Nigdy wcześniej.
Wjechali na most. Czyli byli już w połowie toru.
Jasne światłą odbijały się od metalicznych masek czterech pędzących z
zawrotną prędkością samochodów. Odgłosy silników odbijały
się od pojedynczych przęseł podtrzymujący most Świętokrzyski i
powracały do uszu kierowców z nieznacznym opóźnieniem.
Jeszcze jakieś osiemset metrów – powiedział cicho do
siebie kierujący bordowym Oplem – Zaraz będzie szóstka,
ale nie włączę jeszcze NOS-a. Jest jeszcze za wcześnie…
Wtedy niewielka wskazówka obrotomierza zbliżyła się do cyfry 9 i
zapaliła się zielona dioda.
Krzysztof zmienił bieg na wyższy i poczuł mocniejsze niż zwykle
wciśnięcie w fotel. Spojrzał na prędkościomierz. Wskazywał 125 mil na
godzinę. I powoli szedł ku większym liczbom, co szło w parze ze
zwiększaniem się prędkości samochodu.
Spojrzą znowu za siebie.
Audi pozostawało nadal w bezpiecznej odległości jakichś 40
metrów, ale nadal nic nie było przesądzone.
450 metrów.
Krzysztof ponownie spojrzał na prędkościomierz. Pędził teraz z
prędkością 150 mil na godzinę.
Najwyższy czas – powiedział sobie cicho i pogładził czerwony
przycisk na kierownicy, który nacisnął zdecydowanym ruchem.
Usłyszał ciche syknięcie, i poczuł się, jakby ktoś wcisnął go w fotel.
Jego prędkość zwiększała się teraz szybciej, niż dotychczas.
I przeciwnicy pozostawali w tyle.
300 metrów.
Licznik wskazywał 175 mil na godzinę, i nadal szedł w górę, ale
teraz trochę wolniej. Szybko omiótł wzrokiem trzy ciemne diody
po lewej stornie kierownicy. Wszystko było w porządku. Żadna z nich się
nie świeciła. Przyłożył palec do drugiego czerwonego przycisku po
prawej stronie kierownicy. Nacisnął go i znowu jakaś niewidzialna siła
przycisnęła go do fotela.
100 metrów.
Jeszcze tylko kilka chwil… - szeptał cicho i spojrzał w lusterko
wsteczne. Najbliżej było Audi, tuż za nim Porsche a jeszcze dalej Seat.
Krzysztof ponownie skupił się na drodze przed nim. Kolejne metry
przybliżały go do mety.
Zdjął palce z przycisków podtlenku azotu. Prędkość się
zmniejszyła, ale nadal pozostawała bardzo duża.
Wskazówka prędkościomierza wskazywała dokładnie na liczbę 160.
Bordowa Astra minęła metę, na której stało kilkanaście
samochodów, w tym grafitowy Mustang.
Krzysztof nacisnął na hamulec, i zaczął szybko tracić prędkość.
Otoczenie, które jeszcze kilka sekund temu uciekało mu sprzed
oczy w tył teraz nabrało wyrazistości, a przeciążenie, z jakim miał do
czynienia nie było już wyczuwalne. W końcu zatrzymał się i
odwrócił za siebie. Wrzucił wsteczny i powoli zaczął się cofać.
Na mecie zebrało się już kilkunastu ludzi, którzy spoglądali na
bordowego Opla ze zdziwieniem i niecierpliwością, co uczyni kierowca
tego niepozornego auta.
Ten jednak nic sobie nie robiąc ze swego sukcesu oraz zapewnionego
drugiego rzadkiego i bardzo cennego samochodu zatrzymał się tuż przed
linią mety i wysiadł powoli z wozu.
- Oto zwycięzca – powiedział przekrzykując
dosyć znaczny hałas podjeżdżających na metę aut podszedł do triumfatora
wyścigu.
Ten tylko uśmiechnął się siadając na masce swojego samochodu
pośród przyjacielskich poklepywań zebranych już na mecie ludzi.
- Gratuluję – Marcin podał przyjacielowi prawą
rękę, a lewą wręczył mu spory plik banknotów.
- Dzięki stary. Chyba czegoś brakuje –
spojrzał na pieniądze – Brakuje mi ty kluczyków ze
stojącym koniem. I karty wozu. Czyżby młodzian nie dotrzymał obietnicy?
– spytał z ironią.
- Jeszcze wraca – Marcin spojrzał w kierunku,
z którego jeszcze kilka chwil temu wrócił jego
przyjaciel.
- Zobaczymy, zobaczymy… - Krzysztof
również spojrzał w tamtym kierunku i jego wzrok skupił się na
przedniej szybie białego Porsche 911 – Jednak ma trochę honoru
– uśmiechnął się do siebie i trzymając nadal banknoty w ręku
spojrzał na przyjaciela – A to za zorganizowanie wyścigu –
wstał i przeliczył kilka banknotów z pliku i wręczył je dla
właściciela garażu, w którym stał jego Mustang.
- Dzięki – sprzyjał pieniądze od Krzycha
– To się nazywa szacunek – powiedział do wszystkich i
schował pieniądze do kieszeni. Podobnie uczynił zwycięzca, ale gdy
spojrzał na jadący ku niemy biały samochód wyciągnął je i ułożył
ponownie w równy plik.
Podszedł powolnym krokiem w kierunku zatrzymującego się Porsche 911.
Śledził dokładnie każdy ruch kierowcy. Najpierw wyłączył silnik, potem
oparł głowę o fotel i spojrzał na kierownicę. Odpiął pas i szybko
wysiadł z samochodu uśmiechając się, jakby to nie on był największym
przegranym tego wyścigu, ale jego zwycięzcą.
- Czegoś mi tu brakuje. Co ty o tym sądzisz? –
Krzysztof spytał młodziana potrząsając niedbale plikiem dwustu i
stuzłotówek – Brakuje mi tu dwóch rzeczy i ty
powinieneś wiedzieć o tym dobrze, jakie to rzeczy.
Młodzianowi zrzedła nieco mina. Liczył na to, że ujdzie mu to
uniesienie się dumą, jednak mylił się.
Powolnym ruchem, jakby okazywał łaskę dla zwycięzcy, wyciągnął a
kieszeni hawajskiej koszuli niewielką książeczkę i położył na niej
kluczyki. Spojrzał na nie z ignorancją i podał dla Krzysztofa.
Ten przejął je kiwając głową. Otworzył szybko książeczkę i spojrzał na
informacje w niej zapisane. Były zgodne z prawdą. Numer rejestracyjny
też się zgadzał. Schował kartę samochodu do kieszeni spodni razem z
plikiem banknotów, a kluczyki podrzucił do góry z
rozbawieniem.
- Nową zabawkę wygrał biedak – dociął młodzian
– Trafiło się ślepej kurze ziarno – powiedział ciszej do
swoich znajomych, którzy stanęli za jego plecami.
Krzysztof spojrzał na niego z politowaniem.
- Ten wychodzi z honorem z pojedynku, kto potrafi
uznać swoją porażkę i pogratuluje zwycięzcy. A kto mu jeszcze docina,
nie ma żadnej godności, i potępienia jest godzien. I to niezależnie od
pochodzenia ani krwi.
- O! Widzę, że się pan wymądrzasz!
- Wiesz co ci powiem młodzianie? Nie lubię chamstwa.
Łap – rzucił mu kluczyki – I nie chcę cię widzieć,
dopóki nie nauczysz się, że na takie wyścigi należy przychodzić
z szacunkiem i pokorą. Z niczym innym. Żegnam pana – uśmiechnął
się życzliwie do przegranego i odwrócił się w kierunku swojego
samochodu.
Młodszy o trzy lata od zwycięzcy chłopak spojrzał najpierw na klucze,
po czym na wygranego. Próbował zebrać się na jakaś
nieżyczliwość, jednak nie potrafił.
- A co z samochodem? – spytał zdziwiony.
- Nie podobają mi się Porsche. Zbyt się rzucają w
oczy. Wole Mustangi.
- Więc czemu się ścigałeś się z właścicielem tego
czarnego Mustanga?
- Po pierwsze, nie jest czarny… -
odwrócił się nieznacznie, by widzieć swojego rozmówcę
kątem oka – A po drugie, jest mój – uśmiechnął się
– Liczę na jakąś dziesięciosekundową brykę w ciągu najbliższych
trzech dni. Najlepiej Opla Astrę III lub Hondę Clivic z silnikiem T-66
lub J-Z. No i oczywiście z NOS-em i niezależnym ECU oraz systemem
zarządzania spalinami Mo-Tech. A w dowód twojej
prawdomówności i słowności potrzymam ci kartę samochodu –
uśmiechnął się ponownie.
Chłopak patrzył na swojego pogromcę z otwartymi ustami.
Krzysztof podszedł szybko do swojego przyjaciela.
- Pozwól kluczyki do Mustanga. Nie masz nic
przeciwko? – spytał.
- Nie, skądże – ten zaprzeczył i sięgnął po
kluczyki – Jak rozumiem, wrócę do domu twoim Oplem?
- Tak. Czy mógłbym się u ciebie przekimać?
Słyszałem, że dzisiaj ma byś niezły melanż nade mną, a mam jeszcze
trochę roboty do zrobienia z pracy, a potrzebuję ciszy.
- Na kanapie zawsze jest miejsce.
- I nie przeszkadzaj sobie moją obecnością. W razie
czego, wycofam się do garażu. Jest ciepło – uśmiechnął się i
przejął kluczyki z ręki Marcina i podał mu swoje – Dzięki –
uścisnął mu rękę – ruszył powoli w kierunku swojego samochodu.
- Ogłaszam koniec wyścigu – Marcin powiedział
donośnym głosem, na co większość publiki ruszyło nieśpiesznie do swoich
samochodów, podobnie jak uczyniło Krzysztofa odprowadzany
niepewnym wzrokiem przez właściciela białego Porsche.
Chyba będzie mnie to mniej kosztować, niż moja 911 – pomyślał
sobie – Ale i tak ojciec się wścieknie. Mówił, żebym
udowodnił sobie, czy jestem wystarczająco mocny, żeby jeździć w
wyścigach. A jak mu powiem, że przegrałem samochód, i że jestem
teraz winny taki wóz dla gościa jeżdżącego starą Astrą, to się
wścieknie jeszcze bardziej. Ale dałem słowo. Może on ma rację…
Kiedy się przegrywa, trzeba wychodzić z tego zawsze z szacunkiem.
Wtem do uszu wszystkich doszedł potężny odgłos pracy czterolitrowego
silnika Mustanga należącego do zwycięzcy wyścigu. Wszystkie oczy
zwróciły się w tamtym kierunku i odprowadziły samochód
przez cała długość mostu Świętokrzyskiego, na którym pomysłowość
wzięła górę nad klasą.
Krzysztof ziewnął przeciągle spoglądając w kubek z kawą. Raczej na jego
dno. Puste.
Pokręcił głową i spojrzał na monitor laptopa. Wykonał sporą część
pracy, jaką przewidywał wykonać przez cały weekend. Jednak chciał
zrobić jak najwięcej, bo zależało mu na premii, jaką obiecał mu jego
szef.
Jeszcze raz ziewnął i wstał od stołu kuchennego i podszedł do ekspresu
z kawą. Nalał sobie ciemnego płynu do kubka i ponownie usiadł przy
komputerze.
Wziął się do dalszej pracy.
Jednak po chwili jego wzrok przykuł niewielki odnośnik w kodzie pliku
do adresu IP, jaki był zarezerwowany dla USA. Wzruszył ramionami,
jednak ciekawość wzięła górę nad rozsądkiem, i szybko wyciągnął
z niewielkiego etui, w którym trzymał najpotrzebniejsze rzeczy
do komputera, kartę PCMCIA II, którą włożył szybko do gniazda w
komputerze. Nie ma to jak Wi-Fi.
Odczekał kilka chwil i w międzyczasie pociągnął kilka niewielkich
łyków zimnej, gorzkiej kawy z kubka nie odrywając wzroku od
adresu IP. 255.195.119.365.
Wyglądał dla niego na adres amerykański, ale nie miał jeszcze do tej
pory do czynienia z takim.
Ciche brzdąknięcie dało mu znać, że karta jest już gotowa do użycia.
Kliknął na niewielką ikonkę na pulpicie i uruchomił wyszukiwarkę
dostępnych w okolicy sieci.
Znalazł dwie. Prokomtela i nieznanej mu firmy.
Postanowił wybrać tą drugą, ponieważ przeczucie mówiło mu, że
nie powinien mieć żadnych kłopotów z wejściem do struktury sieci
bezprzewodowej. I nie mylił się.
Okazało się, że jest to niewielka firma adwokacka, która
zainwestował w bardzo dobry sprzed, udostępniając również
Internet za darmo dla znajdujących się w pobliżu użytkowników.
Szybko uruchomił Mozillę Firefoxa i wpisał w okienko adresowe numer IP.
Jak się okazało, prędkość pobierania strony była bardzo duża,
porównywalna do tej, jaką miał u siebie w akademiku, i
niewielkie drzewo folderów ukazało się jego oczom. A było tam
tylko jedno, niewielkie archiwum o dziwnej nazwie „Strange
things.zip”. Wzruszył ramionami, i kliknął na nie dwukrotnie i
ukazał się jego oczom komunikat, iż jest to archiwum zabezpieczone
16-sto bitowym algorytmem Smitha. Nazwisko wydało mu się znajome i
nagle przypomniał sobie, że na trzecim roku jego wykładowca
zaproponował mu poznanie tego algorytmu, jako że był bardzo ciekawym
przykładem ostrza obusiecznego. Był nie do złamania dla zaawansowanego
informatyka znającego wiele języków programowania i
algorytmów szyfrujących, ale bardzo łatwym do pokonania dla
kogoś, kto znał dobrze ten algorytm, nawet bez znajomości hasła i
niezależnie od jego długości.
A Krzysztof znał dobrze ten algorytm. Użył go jako przykładu
dwusieczności algorytmów w swojej pracy magisterskiej. Opierał
się on, bowiem na kryptologii nieliniowej.
Andrzej pobrał szybko ten plik i skopiował go do pamięci
pendrive’a podłączonego do komputera, po czym rozłączył się i
wyciągnął kartę z gniazda.
I zabrał się do dalszej pracy.
Jednak te archiwum nie dawało mu spokoju.
Szybko zapisał wyniki pracy i wyłączył firmowego laptopa, po czym
odsunął go na bok i sięgnął po leżący obok niego plecak z jego
komputerem.
Po kilku chwilach wysłużony notebook Krzysztofa leżał już na stole i
system operacyjny przyswajał sobie pendrive’a.
Krzysztof szybko skopiował archiwum na dysk i zaczął się do niego
dobierać.
Jak większość starszych archiwów, można było je swobodnie
otworzyć w jakimś prostym edytorze tekstu. Tak też zrobił, i po
chwilach bardzo duża ilość kodu znalazła się w okienku programiku
KWright. Szybko czytał kolejne linie kodu i kiwał co chwila z uznaniem
głową nad kunsztem i pomysłowością piszących ten kod ludzi.
Bo kod był naprawdę zawiły.
Jednak ciekawość nie była aż tak silna, by przemóc senność.
Była w końcu już godzina 3 nad ranem. I wszyscy normalni ludzie spali.
Jednak jaki informatyk jest normalny?
Telefon zadzwonił na stoliku nocnym w sypialni dyrektora ABW, Pawła
Kontuszewskiego. Ten, nieprzywykły do takich nocnych pobudek z
niechęcią sięgnął po telefon.
Jak to jakaś błahostka, to zabiję… - pomyślał sobie sięgając po
telefon.
- Kontuszewski, słucham – powiedział zaspanym
głosem.
- Dzień dobry szefie – odezwał się w słuchawce
niski głos podwładnego - Przepraszam, że budzę, ale mamy to cholernie
niejasną sytuację, i nie wiemy, co mamy robić…
- I dzwonisz do mnie w środku nocy…? Nie jest
to najmądrzejsza rzecz.
- Ale to nie zależy ode mnie. Otrzymałem wyraźne
polecenie od szefa NSA, żeby pana sprowadzić natychmiast do biura, bo
to sprawa niecierpiąca zwłoki.
Kontuszewski przebudził się nieco na słowa mężczyzny po drugiej stronie
linii telefonicznej.
- Jeżeli to jakiś żart, to pożałujesz.
- Zapewniam pana, że to nie żart, ale cholernie
poważna sprawa.
- I nie mów tak często cholera.
- Tak jest, panie generale. Do widzenia.
- Do widzenia – odpowiedział mu niedbale i
odłożył najciszej jak mógł telefon na widełki.
Szef ABW spojrzał na swoją żonę. Leżała spokojnie, odwrócona
plecami do swojego męża, i nic nie wskazywało na to, że nagłe budzenie
jej małżonka wpłynęła na jej sen.
Mężczyzna odetchnął z ulgą i wstał z łóżka i ruszył szybkim
krokiem do łazienki, znajdującej się po lewej stronie łóżka.
Szybko zmył zimną wodą resztki snu ze swoich powiek, i spojrzał w
lustro. Spoglądał na niego czterdziestoletni mężczyzna, z
którego oczy patrzyło doświadczenie i spokój. Uśmiechnął
się sam do siebie i sięgnął po ulubione jeansy i czarną koszulę
flanelową, którą ubierał zawsze po powrocie z pracy, gdy to
pozbywał się nudnego i męczącego garnituru.
Wyszedł domu i ruszył w kierunku garażu.
Niebo na wschodzie zaczynało się powoli rozjaśniać, a niebo zdawało się
bezchmurne, co zapowiadało bardzo ładny dzień. Jednak nie dobry dla
Kontuszewskiego. Po kilki chwilach jechał już pustymi ulicami stolicy w
kierunku biura umieszczonego obok sejmu, na ulicy Wiejskiej,
którą o nierzadko nazywał pogardliwie „Wsiową”.
Zatrzymał samochód na parkingu i wbiegł do niewielkiego budynku,
którego spora część znajdowała się w podziemiach. Ta ważniejsza.
Wchodząc do gmachu nie musiał okazywać przepustki, ponieważ wszyscy go
znali, po czym zjechał windą na niższy poziom po przekręceniu
specjalnego kluczyka w panelu kontrolnym. Był posiadaczem jednego z
dwunasty takich kluczy, z racji czego czasem nazywał grono
wtajemniczonych „Dwunastoma apostołami”. Wiedział, bowiem,
że nocne pobudki zawsze kończyły się w jednej z trzech sal
konferencyjnych w podziemiach.
Gdy tylko brzęczyk oznajmił mu przybycie na piętro, w drzwiach pojawił
się jego nocny rozmówca.
- Co do jasnej pogody tu się dzieje? – spytał
podenerwowany popijając podaną mu mocną, czarną kawę.
- Szefie… Jakby to najlepiej określić…
NSA przyczepiło się do naszej dupy, że niby nie potrafimy utrzymać
naszych hakerów i crakerów na uwięzi, i że włamują się do
ważnych archiwów. Tyle mi chciał powiedzieć, mimo, iż jestem
pana drugim zastępcą.
- Więc sugerujesz, że to ma związek z jakimiś
głupimi włamaniami? Idioci są w tym NSA, skoro myślą, że będziemy
monitorować cały ruch sieciowy w Polsce, żeby tylko do ich
tyłków nasi się nie dobrali – parsknął śmiechem.
- Chyba tak jest szefie.
- I przestań z tym „szefie” Markowski.
Mówi mi po prostu Paweł, bo się czuję niezręcznie, jak mi
mój zastępca mówi po tytule.
- Dobra Paweł, jak chcesz, ale wolę bardziej
oficjalna formę – mężczyzna wzruszył ramionami.
- Ja też wiele rzeczy wolę, ale musze się
dostosować. Na przykład to, że moja żona ma jakiś ciężki dzień, a ja
mam akurat chętkę. I muszę z tym żyć – spojrzała podwładnego
miażdżącym wzrokiem i wszedł do niewielkiej sali konferencyjnej,
najmniejszej z trzech.
Siedziało już w niej dwóch najważniejszych ludzi ABW,
odpowiednio jego pierwszego, i trzeciego zastępcę. I obaj byli ubrani
swobodnie co ucieszyło Kontuszewskiego.
- Co się dzieje? – spytał stając u szczytu
stołu konferencyjnego.
- Mamy ciężką sytuację, i NSA na linii –
odrzekł mu Ireneusz Giedź, jego pierwszy zastępca. Był to mężczyzna o
ospałej i powolnej z wyglądu sylwetce, jednak oczy mówiły co
innego. Były ruchliwe i bardzo żywe, a ich świdrujące spojrzenie
przenikało na wylot każdego rozmówcę, jednak wobec obecności
szefa jego wzrok mówił raczej o oddaniu.
- To dawaj ich na głośnik.
- Mówią, że to tylko dla pańskich uszu
– dodał trzeci uśmiechając się przepraszająco i ukazując przy tym
rząd żółtawych zębów, co było wynikiem nałogowego palenia
oraz litrów kawy wypijanej dziennie.
- Nie pieprz durno Marian – uciszył go gestem
i wskazał na aparat telefoniczny leżący na stole – Leje na to, co
oni myślą, bo i tak wam powiem wszystko. Wzywałeś jeszcze kogoś –
spytał stojącego nadal przy nim drugiego zastępcę.
- Nie. Tylko nasza czwórka wie o tym.
- Dobrze. Póki co, to mi się to niepodobna.
Dawaj na głośnik.
Pierwszy zastępca nacisnął czerwony przycisk blokady słuchawki, po czym
z głośnika rozległ się lekki szum.
- Z jakimi nowościami to nas budzicie panowie
– spytał po angielsku Paweł sięgając do kieszeni spodni po
rezerwowe pudełko cygar, które jednak okazało się puste.
Cholera… Znowu wszystkie wczoraj wypaliłem – pomyślał
sobie i schował pudełko do kieszeni.
- Czy rozmawiamy tylko my dwaj? – odrzekł mu
głos zza oceanu.
- Nie. I tak pozostanie, bo mam gdzieś wasze
podejście i manię do tajności rozmów. Ci ludzie są moimi
najbardziej zaufanymi pracownikami. Nie mam przed nimi tajemnic. O co
chodzi, bo nie lubię być budzony o trzeciej nad ranem w sobotę.
- A więc takie ma pan podejście do sprawy…
Dobrze. Jakieś sto dwadzieścia minut temu miało miejsce włamanie do
serwerów FBI i kradzież stamtąd ważnych, podkreślę, ważnych, o
ile nie bardzo ważnych plików.
- I drogą zwiadu elektronicznego, czy jak wy to
jankesi nazywacie, doszliście do tego, że ktoś z naszego pięknego,
wykorzystywanego przez sąsiadów padołu jest sprawcą tego
zdarzenia.
- Tak. Włamano się z numeru dostępowego niewielkiej
firmy prawniczej Kuczyński i spółka, która bardzo lubi
nowoczesne technologie.
- Czyli ktoś się włamuje do firmy, hakuje wszystkie
zabezpieczenia i kradnie wasze jakieś tam archiwum?
- Nie. Wystarczyło że miał laptopa z kartą Wi-Fi.
Jeżeli pan nie wie…
- To takie cholerne bezprzewodowe sieci,
które mnie wkurzają, bo podobno źle wpływają na działanie
niektórych gruczołów wydzielniczych – przerwał mu
- Czyli mamy załatwioną zagadkę tego włamania. A kto to jest, bo
chyba znając wasze ambicje można się tego spodziewać.
- Nie znamy danych włamywacza, jednak wiemy, że
komputer należy do firmy INFPol. A kto z niego korzystał dowiemy się
już jutro, i wtedy wydamy nakaz aresztowania…
- Hola, hola! Póki co, to ja tu jestem
szeryfem, i ja łapię złych chłopców – znowu wpadł w słowo
dla pracownika NSA, co spowodowało nerwowe spojrzenia wszystkich
zebranych w gabinecie.
- Jednak niech pan nie zapomina, że USA i Polska
mają podpisaną umowę o deportacji niebezpiecznych przestępców.
- Jednak przestępstwo, jak pan określił, włamanie
miało miejsce na terenie Polski.
- Ale spowodowało zagrożenie dla USA.
- Do diabła z tym.
- Wasz prezydent będzie innego zdania. Minister
obrony też. Jutro odwiedzi go pracownik ambasady Stanów
Zjednoczonych Am…
- Który jest w rzeczywistości agentem CIA
pracującym przy waszej ambasadzie. Znamy wasze grzeszki, a wy znacie
nasze, i nie próbujmy się oszukiwać, nazywajmy rzeczy po
imieniu, co niniejszym czynię.
- A więc agent CIA odwiedzi jutro pana ministra i
pana z odpowiednim dokumentem. Sądzimy, że do szóstej waszego
czasu ustalimy, kto jest odpowiedzialny za to włamanie. Będę w
Warszawie za jakieś sześć i pół godziny lotem czarterowym. Mam
nadzieję już widzieć na własne oczy tego delikwenta.
- Spokojnie. Dopóki nie zobaczę dokumentu,
nie kiwnę palcem.
- Jest pan bardzo niekulturalny i nie podoba mi się
to.
- Pan mi się też nie podoba. A więc do zobaczenia, i
liczę na ten papier do ósmej na moim biurku.
- Sądzę, że powinien być u pana na biurku o 7.55.
- Mam nadzieję. Do widzenia.
- Do widzenia.
Najstarszy ze wszystkich zebranych mężczyzna powiódł wzorkiem po
zebranych współpracownikach. Widział na ich twarzach przerażenie
jak respekt dla przełożonego. Wiedzieli, że nie lubił dawać sobie w
kaszę dmuchać, zwłaszcza na swoim terenie, chociaż gościnnie też dawał
się we znaki współpracującymi z nim służbom.
- I co szefie? – spytał Ireneusz Giedź z
rzadko malującym się na jego twarzy zatrwożeniem.
- Za przeroszeniem, nie ruszymy naszych dup żeby coś
wskórać w tej sprawie.
- A nieoficjalnie? – spytał ostrożnie jak
zwykle nadgorliwy drugi zastępca.
- Mam mieć informacje na temat wszystkich
wypożyczonych na ten weekend laptopów w tej… jak jej tam
– skinął na pierwszego zastępcę.
- INFPol.
- Tak, ten INFPol czy jak mu tam. I chcę mieć
raporty na temat wszystkich prac prowadzonych przez tą firmę, bo jakoś
mi się nie podoba ta sprawa. Może to jakaś prowokacja lub cuś w tym
stylu – wzruszył ramionami z ignorancją – No i oczywiście
sprawdzić tych ludzi, którzy mieli laptopy, bo to jest
najważniejszy nasz trop. Rozumiemy się?
- Czyli grzeszki, czarne interesy i temu podobne?
- Wliczając kochanki, kochanków, co do oby
płci oczywiście, jakieś machlojki, nielegalne posunięcia, jakieś wirusy
w karierze, włamania udowodnione i nie. W skrócie – mam o
nich wiedzieć więcej niż sam Bóg by się dowiedział o nich
– A i jeszcze jedno… Marian, masz jakieś cygara, bo chce
mi się zapalić, a wszystkie już wypaliłem – podniósł
nieznacznie skórzany pokrowiec na cygara.
- Jasne. Łap szefie – popchnął po płaskim
stole czarny cylinder – Kubańskie. Nawet Castro nie wie o tym, że
na naszej polskiej niwie palimy takie rozkosze – powiedział i sam
wyciągnął drugi cylinder.
- Pieprzyć Fidela… To palant –
skwitował i przypalił cygaro.
Krzysztof poczuł szturchnięcie w bok, po czym podniósł głowę.
- Cholera… znowu mi się film urwał –
powiedział rozglądając się po kuchni.
- Znowu nad kompem. Jesteś pieprzonym pracoholikiem
– Marcin skomentował postępowanie przyjaciela.
- Co ty nie powiesz – odrzekł – A kto do
rana siedzi nad nowym wozem?
- Nie ważne.
- Jesteśmy podobni.
- Wbrew pozorom.
- Nieźle hałasowaliście wczoraj w nocy.
- Nie żartuj – zaśmiał się – Aż tak, że
nas słyszałeś?
- Nawet to wytłumienie niczego nie daje prawie.
- Nieważne – machnął ręką i sięgnął po ekspres
do kawy – Masz dzisiaj wolne?
- Przez najbliższe dwie doby mogę szaleć, uprawiać
sex i nie oglądać się na nic,, bo i tak jestem do przodu z robotą.
Wystarczyło dodać kilkanaście linii tekstu z mojego starego kodu i jest
po sprawie.
- Nie dość, że pracoholik, to jeszcze bez ambicji.
- A po co się powtarzać?
- Właśnie?
- Oj, chyba się pomyliłem – Krzysztof wzruszył
ramionami.
- Bardziej. Masz – postawił przed nim kubek z
kawą.
- Przyda się. Słodzona?
- Dwie, jak zawsze.
- Mleko chyba pływa – spojrzał na brązowy płyn
w kubku i powąchał go – Cholera, czym ty mnie szprycujesz? To
jakieś gówno z Biedronki!
- Nie ważne. Daje kopa, ręczę ci. Dodałem trochę
cynamonu i tak nie capi i lepiej smakuje. I nie rugaj tak tu, bo cię
kopnę.
- Dobra, ale jakoś mam zero respektu dla tej firmy.
- Ja też nie. Pij. Nie jest wcale taka zła.
- Nawet, nawet – wzruszył ramionami i podrapał
się po brodzie – Muszę się ogolić.
- To już u siebie w akademiku – wskazał w
kierunku stojącego w dolnej części samochodu kolegi.
- Do diabła… Zarastam. Zaraz jadę, tylko
dopiję kawę.
- Ewelina już poszła.
- To może zostanę. Masz browar w lodówce?
- Jak chcesz się upić to wpadnij wieczorem. Jest
jakiś mecz, to obejrzymy przy browarku.
- O ile ci nie przeszkodzi dziewczyna.
- Nie licz na to.
- Chłopie… Ty nie znasz bab.
- Ty też.
- No nie wiem… Ja jakoś byłem z większą
ilością.
- A ja z jedną jestem od czterech już lat, i mi
dobrze.
- Czyli chajtacie się za roczek?
- Mniej więcej. A ty?
- Co ja?
- Żenisz się kiedyś?
- Nie. Nie sądzę. Jestem wolnym strzelcem, a poza
tym, jaka panna wytrzymałaby ze mną? Jestem wredny, niski i bardziej
niż dziewczyny kręcą mnie samochody i komputery. Do tego lubię pracować
do późna w nocy. Ewelina by się rzuciła w diabły, gdybyś nie był
mniejszym pracoholikiem niż ja.
- Byłem, ale się zmieniłem.
- Fajnie. Ja zaraz otwieram sklep.
- Która jest teraz?
- Za dziesięć ósma.
- O której ty mnie budzisz?
- Wcześnie.
- To niehumanitarne.
- Wiem. A co do wczorajszej kasy… Zostawiasz
mi ją, czy bierzesz?
- Zostawiam, rzecz jasna – odrzekł mu i
wyciągnął z kieszeni spodni zwitek banknotów i niewielką
książeczkę.
- Czyli masz już u mnie jakieś 250 tysięcy. Nieźle.
- Nie narzekaj, bo mogę dojść do pierwszego miliona
przed trzydziestką – zaśmiał się.
- Nie wykluczam takiej możliwości. Najlepiej, żebyś
odłożył trochę kasy na lokatę terminową, a wtedy miałbyś spore zyski, i
mógłbyś żyć z odsetek. Byłyby niezłe… Przy pięciu
procentach…
- Do diabła – machnął na niego ręką –
Mogę pożyczyć twoje Audi?
- Nie, raczej nie. Mam zamiar jechać dzisiaj z
Eweliną na kolację do dobrej restauracji, ale nie chcę się pokazywać
przed lokalem w Oplu… Bez urazy.
- Wiem – machnął na niego ręką.
- Naprawdę przepraszam, ale Audi lepiej się
prezentuje niż twoja Astra – zaśmiał się – Jest w końcu
młodsza…
- Idź spać – Krzysztof rzucił mu i schował do
plecaka swojego laptopa – Wiesz… Znalazłem bardzo
interesującą rzecz wczoraj w sieci… Pamiętasz, jak na szkoleniu
wykładowcy wspominali o algorytmie szyfrujący Smitha?
- Coś pamiętam… Ale kiedy to było… A
przecież to już zapomniany nawet kod. Nie zaprzątaj sobie nim głowy.
- Ale właśnie wczoraj natrafiłem na archiwum
zabezpieczone tym kodem. Tylko nie mogę się do niego dobrać, bo
mój laptop najnowszy nie jest, a potrzebuję całkiem mocnego
sprzętu, żeby zabrać się za to.
- Ja bym tego nie ruszał. To mi pośmierduje CIA.
- Cuchnącymi Interesami Ameryki?
- W rzeczy samej.
- E tam… Chrzanię to. Idę spać do siebie
– machnął ręką.
Po kilku chwilach wyjechał swoim Oplem z garażu i powoli ruszył ku
akademikowi.
Jednak, gdy dojechał, nie wszystko wyglądało normalnie.
|
|